Rozdział 81

Lucy zadrżała.
Wnętrze klasztoru przywoływało nieprzyjemne wspomnienia z dzieciństwa, kiedy jeszcze mieszkała w Pengrande. Zniszczona figurka Matki Boskie była niemal identyczna do tej, którą widziała w kościele św. Augusta w stolicy. Ta sama smutna, łkająca matka za swym dzieckiem, które zostało zabite w imię wymazania grzechów ludzkości.
Odwróciła wzrok.
Zakonnica prowadziła ją do gabinetu przez długi, ciemny korytarz, który oświetlały jedynie prześwity powstałe w wyniku zniszczenia budynku. Niemal całe sklepienie nosiło ślady wojny. Dziury po kulach wyglądały tak, jakby odbyła się tutaj egzekucja. Wszystkie znajdowały się na tej jednej ścianie w kierunku zachodzącego słońca.
Milczenie stawało się nieprzyjemne. Lucy dałaby wszystko za chwilę ciepłej rozmowy, zamiast panującej zewsząd ciszy. Nawet dzieci, które pozostały na dziedzińcu, milczały. Opuściłaby to miejsce, ale nadal miała w nim coś do zrobienia. Przykre, lecz prawdziwe.
— Przepraszam — odezwała się, ale nikt jej nie odpowiedział.
Zrezygnowała.
Rozglądała się dalej, licząc, że może w tej sposób ujrzy coś, co powinna zobaczyć. Jednak pozostałości po wojnie ni były tym, czego oczekiwała.
Nagle zakonnica zatrzymała się, wskazując palcem na niezniszczony kawałek marmuru.
Lucy zainteresowała się. Podeszła bliżej, przyklęknęła i zebrała mech, który zdążył zakryć napis, kryjący się na fragmencie skały. Były to wydrążone imiona, które niewiele jej mówiły. „Miriana” — przeczytała pierwsze z nich. Wyrwała część chwastów, gdy nagle zamarła. Dotknęła opuszkami palców napisu, nie wierząc w to, co znajdowało się przed jej oczami. Może był to tylko przypadek, ale wątpiła…
— Erza… — szepnęła.
— Chodź za mną, porozmawiamy — powiedziała przełożona zakonu.
Lucy gwałtownie podniosła się, krzycząc:
— Kim pani jest?!
— Zapraszam do siebie — wskazała dłonią na pokój znajdujący się zza mosiężnymi drzwiami — wszystko wyjaśnię w środku.
Lucy podbiegła do kobiety i weszła przed nią do środka. Pokój był naprawdę skromnie urządzony; niemal pusty. Tylko krzyż i obrazek świętej Maryi zdobił wnętrze pomieszczenie. Usiadła na krześle.
— Chryste! — Wstała gwałtownie, odrzucając krzesło za siebie.
Nie w tym pokoju… Nie, tego nie spodziewała się ujrzeć.
Z początku nie dostrzegła plam, starych plam krwi, które ktoś nieudolnie próbował zetrzeć. Zadrżała. Nie czuła się dobrze w tym miejscu.
— Proszę, napij się. — Zakonnica postawiła przed nią filiżankę z ciepłą herbatą. — Ziołowa.
— Dziękuję.
Spróbowała. Naprawdę koiła nerwy, przyjemnie spływając po przełyku. Lucy jednak odłożyła filiżankę i spojrzała wzrokiem pełnym determinacji na matkę przełożoną, która nie paliła się do opowieści. Spokojnie smakowała herbaty, spoglądając za pękniętą szybę; zaczęło padać.
— Minęło już tyle lat… — szepnęła zdejmując habit. Włosy już dawno spotkały się z siwizną. Kobieta nie wyglądała na starą, ale dodatkowe zmarszczki i zmęczona twarz dodawały jej lat. Drżącymi rękoma sięgała po przedmioty, układając je w różnych odległościach od siebie — piłeczkę, szmacianą lalkę, długopis i pistolet.
Lucy westchnęła.
— Proszę mi w tej chwili powiedzieć, co to za miejsce! — Nie wytrzymała. — Mam dość sekretów, tajemnic i tych gierek, które do niczego nie prowadzą.
— Rozumiem twoje zdenerwowanie, dziecko, ale popędzanie mnie nic ci nie da — ostrzegła kobieta. — To dla mnie trudne, tak próbować się zwierzyć po tylu latach. I to jeszcze córce Layli… — Zawiesiła głos. Po jej policzkach zaczęły spływać łzy. — Przepraszam.
— Rozumiem pani zdenerwowanie, ale ja tego miejsca szukałam szmat czasu! Ja naprawdę chciałabym mieć to w końcu za sobą. Proszę dać mi w końcu wytchnąć.
— Dobrze. — Potrząsnęła głową. — Mam na imię Hilda.
— Hilda — powtórzyła Lucy, ale to imię nic jej nie mówiło.
— Więc nic nie wiesz. — Zaśmiała się. — Jestem dawną opiekunką Erzy i Jellala z czasów, kiedy mieszkali w domu dziecka. A to miejsce — rozejrzała się — to jest ten dom dziecka.
— Ja… — Zawahała się, gubiąc. — Myślałam, że tylko Erza i Jellal przeżyli tamtego dnia.
— A więc trochę wiesz na ten temat? — zapytała.
Lucy odpowiedziała kiwnięciem.
— Zaskoczyłaś mnie. — Hilda uśmiechnęła się blado. — Myślałam, że przyjdziesz tutaj bez jakiegokolwiek przygotowana. Przecież tamtego… — Zamilkła, przełykając głośno ślinę. — Tamtego dnia… — Zdusiła w sobie łzy. — Tamtego dnia straciłaś pamięć.
Lucy położyła dłoń na ramieniu kobiety.
— Potrzebuje pani chwili? — spytała.
— Nie. — Pokręciła głową. — Muszę to w końcu z siebie wyrzucić. Nie zmażę moich grzechów, ale przynajmniej staram się to zrobić — spojrzała za okno — nawet dla tych dzieci. One są takie niewinne, bezbronne, nic nie zrobiły, a mimo to musiały cierpieć. Ale co zrobiły tamte dzieci? — Zamarła.
Lucy zacisnęła usta w wąską linijkę.
— Wiesz może, czym jest Rajska Wieża? — Hilda otarła policzki z łez. — Wiesz, czym jest to piekło?
— Trochę… — szepnęła.
— NIC NIE WIESZ! — wrzasnęła nagle. — To było piekło. Ten sierociniec, to jedno z takich miejsc. To jest Rajska Wieża. Podczas wojny musiałam jakoś przeżyć. Nie — pokręciła głową — chciałam żyć na poziomie. Książę, a jeszcze wcześniej jego biologiczny ojciec, postawili mi ultimatum: albo pracuję dla nich, albo wydadzą mnie policji. Zajmowałam się handlem nielegalnymi przedmiotami i bronią — wyjaśniła. — Wtedy założyłam sierociniec, do którego zaczęły napływać dzieci… A wszystkie te dzieci później musiały odejść do Rajskiej Wieży numer jeden. To miejsce, w którym rozpoczynało się ich szkolenie. Ja je przygotowywałam, opiekowałam się nimi w taki sposób, by były wdzięczne. Tego dnia, pamiętnego dnia, odkryli nas i wszystkie zabili…
Lucy słuchała z przejęciem słów kobiety, ale niewiele z nich rozumiała. Próbowała połączyć odpowiednie fakty, pojąć postępowanie opiekunki tamtych dzieci i co im tak naprawdę uczyniła. Jednak aby to uczynić, musiała dowiedzieć się więcej.
— Kim były te dzieci i co robiono im w Rajskiej Wieży? — dopytała się.
— Dzieci zabierano na ciężkie szkolenie na agentów. — Zachichotała. — Tylko niektóre z nich przeżyły. Wybrano słynną dwunastkę znaków zodiaku, Laylę, Henry’ego…
— Henry’ego — przerwała, podnosząc się gwałtownie. — Nie… Czy on… To znaczy, że on od początku współpracą z Acnologią?
— Oczywiście! — Hilda zdziwiła się. — Przecież to jego życiowy cel, choć jego pokolenie było mniej podatne na działanie tego człowieka, więc był w stanie się wyrwać z tego koszmaru i działać sam. Tutaj skierował cię on, nie Acnologia — podkreśliła. — A teraz słuchaj dziecko, bo musisz dowiedzieć się całej prawdy.
Lucy usiadła z powrotem na miejsce, wypijając ostatnie łyki herbaty.

— Wszystkie dzieci, które tutaj trafiały, później zostawały odsyłane do Rajskiej Wieży w celu zostania „agentami” Acnologii. Przechodziły prawdziwy trening, który niewiele przeżywało. Jednak sieroty napływały do nas każdego dnia, więc nie musieliśmy się bać o niedobór „obiektów” do eksperymentów. Rząd w pewnym momencie dowiedział się o naszych działaniach i postanowił zamknąć placówkę. Wywieźli wszystkie dzieci i tam dokonali egzekucji. Ja sama próbowałam popełnić samobójstwo, ale najwyraźniej nie dano mi zaznać spokoju. Resztę powinnaś już pamiętać…