Rozdział 88

Przetarła otrzymaną od Happy’ego chusteczką twarz. Rozkleiła się przed kimś, jak nigdy wcześniej. Czuła się zawstydzona, ale ufała, że były nauczyciel nie rozpowie o jej chwili słabości całej szkole.
Wydmuchała nos. Owinęła się mocniej narzuconą na siebie cienką bluzą. Robiło się coraz zimniej.
Ze starego podnośnika obsunął się jakiś sprzęt, opadając na podłogę z hukiem. Happy aż odskoczył z przerażenia, lecz na Lucy nie zrobiło to najmniejszego wrażenia. Sprzęt pochodził jeszcze z czasów I wojny światowej, kiedy w tej dzielnicy kwitnął przemysł. Stary i niekonserwowany wciął spadał, łamał się, przez co okoliczni mieszkańcy zaczęli fabrykę określać mianem „nawiedzonej”.
— Na ramieniu masz pająka — ostrzegła Lucy.
Happy podskoczył w miejscu, krzycząc i próbując strzepnąć z siebie nieproszone zwierzę. Uderzył się głową w wystającą półkę, przewracając na wielkie wody z zaprawą murarską. Jeden z nich pękł, pozostawiając na całym fraku nauczyciela szare ślady. Otrzepał włosy z pyłu.
— Żyję — oświadczył dumnie.
Lucy zaśmiała się, klaszcząc w dłonie w podziękowaniu za cudowne przedstawienie.
— To było wspaniałe! — Przetarła oczy z łez radości. — Można prosić o bis?
— Nie, nie i jeszcze raz nie! — Trochę zdenerwowany Happy wskazał groźnie palcem na dziewczynę, po czym usiadł przy niej, kontynuując: — Powiedziałem wiele na Natsu, ale to nie zmienia faktu, że cię kocha.
Naprawdę ją kochał? Może jeszcze dwa lata temu uwierzyłaby w to, ale teraz? Po tym, jak się zachował i ją potraktował? Coraz mocniej w to wątpiła. Happy powiedział to z takim przekonaniem, że powinna mu uwierzyć. Choć tylko „powinna”.
Spojrzała z zaniepokojeniem na byłego nauczyciela, czekając na dalsze mądrości, które pragnie jej przekazać. Ten milczał.
— Nie będę potrafiła mu w pełni wybaczyć, ale może spróbuję — obiecała ostatecznie, dając Happy’emu za wygraną.
— Cieszę się. — Uśmiech przykrył jego twarz. — Oboje zasługujecie na siebie. Oboje zasługujecie na szczęście.
Już miała ochotę wykrzyczeć parę nieprzyjemnych słów, gdy powstrzymała się. Dalsza kłótnia i tak okazałaby się zbędna. Każde z nich używało własnych argumentów, których dzielnie się trzymali, bez ochoty przyswajania przekonań tego drugiego.
— Obiecałem, że jak cię znajdę, powiem Natsu — oświadczył nagle Happy.
Lucy poruszyła się. Pierwsza myśl: uciec. Druga: zostać. Zawahała się i może to ją zatrzymało w tej starej fabryce.
— Proszę mu nie mówić! — krzyknęła błagalnym głosem. — Naprawdę nie jest łatwo mi przebywać tutaj, ale jakoś daję sobie radę.
— Ale po co tak naprawdę chcesz tu zostać, LUCY?!
— Bo pragnę…
—… dokończyć dzieło matki? — przerwał jej, kończąc zdanie.
Wściekły wstał, zaczynając okrążać starą maszynerię.
— Co w tym złego? — spytała.
— A to, kochanie, że takie coś przynosi jedynie zgubę i nieszczęście. WIELKIE NIESZCZĘŚCIE!
— A skąd może pan to wiedzieć?!
— Bo sam zostałem pozostawiony z dziełem dziadka! Z bombą etherionową i przeklętymi kluczami, które miałem odnaleźć…
Lucy zamarła.
Jeśli wcześniej czuła się zagubiona, to jak miała nazwać uczucie, które ogarnęło ją w tej chwili? Od początku wydawało jej się, że Happy musi być powiązany w jakiś sposób z jej matką i całą sprawą z Pengrande, księciem La Pradleyem, ale nigdy nie podejrzewała, że właśnie w tej sposób.
Złapała się rękoma za obolałą głową, która niemal pękała w szwach od nowych informacji, bardzo zaskakujących informacji. Układała w umyśle poszczególne wydarzenia, szukała w nich roli Happy’ego, ale nadal widziała jedynie pustkę. Nie pasował, on po prostu nie pasował.
Wrzucona do studni pełnej tajemnic i mroku, szukając wyjścia, zawsze natrafiała na pułapki, z których wydostać się nie mogła. Jednak tym razem stanęła przed wyzwaniem o tyle trudniejszym, że jego nawet nie oczekiwała.
Nagle poczuła się taka zmęczona.  Z ochotą porzucenia wszystkiego, zostawienia i zapomnienia, rzuciła torbę z rzeczami, które jej jeszcze pozostały. Zamek puścił. Ubrania i figurki rozsypały się po hali, docierając aż pod nogi krążącego wokół Happy’ego.
Mężczyzna wziął jedną z figurek i przybliżył do piersi.
— Przepraszam, dziadku… — Głos załamał mu się.
Lucy zawstydziła się.
Myślała tylko o sobie i swoich problemach, narzekając i skarżąc się, choć nie wiedziała, z czym mogą zmagać się inni. Zaczęła powoli podziwiać Happy’ego. Był silniejszy niż ona. Na pewnym etapie swojego życia podjął decyzję, kiedy ona wciąż udawała niezdecydowaną i zagubioną we własnej misji.
— Możesz powrócić do Fiore, do Magnolii — przypomniał jej Happy.  — Powitamy cię w domu, jakbyś nigdy z niego nie wyjechała. Jednak jeśli chcesz zakończyć to, co zaczęłaś, nie powstrzymam cię. Wciąż pamiętam moment, w którym opuściłem dziadka. Nie chciałem tego zrobić, ale postąpiłem tak, jak trzeba było. Czasem żałują, czasami cieszę się, ze taką decyzję podjąłem. Jeśli obierzesz inną drogę niż ja, pomogę ci. Powiem, gdzie dziadek ukrył etherion. Zniszczysz tę moc, zniszczyć doszczętnie Rajską Wieżę i Acnologię.
— Powiedz mi! — odpowiedziała natychmiast, ku zdziwieniu Happy’ego.
Nauczyciel powrócił na miejsce, przysiadając obok Lucy. Wciąż wydawał się zmartwiony, ale już dało się dostrzec opiekuńczy uśmiech na jego twarzy. Dla dziewczyny był on wybawieniem. Położyła głowę na ramieniu Happy’ego. On objął ją w talii.
— To miejsce jest w starym, opuszczonym klasztorze, dobrze ukrytym w niewielkiej miejscowości. Zapiszę ci dokładny adres później. Byłem tam tylko raz, więc niewiele pamiętam. Za posągiem matki boskiej są otwory na klucze. Trzeba je tam włożyć i otworzyć wszystkie zamki. Potem popchnąć kamień — wyjaśnił.
Lucy sięgnęła do prawej kieszeni spodni. Wyjęła z niej kartkę, na której doktor Henry zapisał jej adres, a pod który ostatnio się udała. Podała ją Happy’emu. Przez moment przyjrzał jej się w milczeniu.
— Tak, zgadza się — odparł lakonicznie.
— Byłam tam. — Zadrżała na samą myśl o ciałach. — Mieszkały tam dwie zakonnice i dzieci, ofiary wojny domowej. Wszyscy zostali zamordowani.
— Oprócz ciebie.
— Oprócz mnie — potwierdziła.
— Dlaczego nie zabrali ci kluczy i nie weszli do laboratorium?
— Nie wiem, może szykują dla mnie jakąś zemstę? — Parsknęła śmiechem.
— To nie jest śmieszne! — nakrzyczał na nią Happy.
— A może taka jest prawda? — Już się nie złościła. Zabrakło jej na to sił. — Acnologia wciąż żyje. Nie wierzę, by umarł tak łatwo. Jestem już zmęczona tym wszystkim, dlatego chcę to zakończyć. Ile bym dała, by powrócić do Fiore, do Magnolii, do… — Nie dokończyła. — Boję się tylko tego, co będzie dalej. Czy czeka mnie życie w ciągłym strachu?
— Teraz też życie nie oferuje ci nic lepszego.
Miał rację… Wszystko należało zakończyć. Była wdzięczna dawnemu nauczycielowi za tę jeszcze jedną lekcję, dzięki której w końcu pojęła, co tak naprawdę musi uczynić.
Zrezygnować z siebie i wszystkiego, co wiązało się z jej dawnym życiem — postanowiła. Happy jednak nie uświadomił sobie prawdziwych zamiarów Lucy. Żył w przekonaniu, że zdołał ją namówić do powrotu do Fiore. Choć stało się zupełnie inaczej.
Lucy podeszła do taśmy produkcyjnej i wzięła z niej zardzewiały klucz.
— Co robisz? — spytał trochę zmartwiony Happy.
— Doprowadzam sprawy do końca — zadeklarowała, uderzając mężczyznę w tył głowy.

Zsunął się na podłoże, natychmiast tracąc przytomność. Krew wsiąknęła w jego jasnoniebieskie włosy, następnie rozpływając się po podłodze. Lucy rzuciła klucz gdzieś na bok. Przeszukała wszystkie kieszenie Happy’ego, jego teczkę, biorąc wszystkie najcenniejsze rzeczy. Każda z nich mogła się przydać; szczególnie pieniądze i telefon. Zadzwoniła do Lisanny, informując o tym, co się stało. Rozłączyła się i poczekała, aż ktoś przyjedzie. Odeszłaby, ale resztki sumienia nie zezwalały na tak samolubny krok.

W następnym tygodniu rozdziału nie będzie, powracam dopiero gdzieś 1 listopada -> koniec informacji.